2026
„Zaoszczędź 10–20 $/ha” — mówi właściciel przedsiębiorstwa rolnego agronomowi. I co w takiej sytuacji robić? Ciąć koszty w karcie technologicznej czy bronić decyzji, które wpływają na plon i wynik?
Oszczędność powinna być rozsądna, i to właśnie agronom odpowiada za ten balans, jest przekonany Ołeksandr Chmeluk, kierownik departamentu rolnego LNZ Group. Swoimi przemyśleniami o tym, kiedy najczęściej powstają błędy we współpracy „agronom — właściciel”, gdzie przebiega granica odpowiedzialności agronoma, jak znaleźć balans między technologią a ekonomią i dlaczego współczesny agronom to nie tylko czyste pole, ale też zarządzanie ryzykiem i zyskiem, Ołeksandr Chmeluk podzielił się podczas konferencji „Agronom jako CEO pola”, zorganizowanej przez Activitis Education i WEAGRO.
Gdzie przebiega granica odpowiedzialności agronoma
My w agrobiznesie stale żyjemy w jednym i tym samym dylemacie — swoistym „układzie równań”. Z jednej strony agronom pracuje nie ze swoim kapitałem — operuje pieniędzmi właściciela. I całkiem naturalne, że w takiej roli powstaje pokusa wybrania lepszego: droższych nasion, więcej nawozów, droższych środków ochrony roślin. Przecież odpowiada za technologię i wynik, ale nie ponosi bezpośredniego ryzyka finansowego.
Z drugiej strony agronom to specjalista, który tworzy wartość dodaną. To właśnie on przekształca zainwestowane zasoby w plon, a plon w zysk. Jego ekspertyza bezpośrednio wpływa na ekonomię przedsiębiorstwa czy holdingu.
Dlatego ważne jest znalezienie zdrowego balansu. Przez niego rozumiem gotowość właściciela do delegowania uprawnień w podejmowaniu decyzji oraz poziom samego agronoma — jego zdolność do prognozowania ryzyka, myślenia ekonomicznego i rozumienia prostej rzeczy: każda zainwestowana hrywna ma przynosić więcej, niż zainwestowano.
Uniwersalnego modelu tu nie ma. Nie można wyraźnie rozgraniczyć, że o tu decyzję podejmuje tylko właściciel, a tu — tylko agronom. Wszystko zależy od ludzi: ich doświadczenia, charakteru, poziomu zaufania i profesjonalizmu. Osobiście jestem chyba bardziej adwokatem agronomów. Po prostu dlatego, że sam przeszedłem tę drogę i dobrze rozumiem, jak myśli produkcja od wewnątrz.
Gdzie naprawdę szuka się oszczędności
Jeśli bardzo uprościć ekonomię przedsiębiorstwa rolnego, to koszty można podzielić na kilka dużych bloków:
- produkcyjne (nasiona, nawozy, środki ochrony roślin, paliwo, wynagrodzenia, logistyka);
- czynsz dzierżawny za ziemię;
- administracyjne;
- socjalne.
I tu ważny niuans: większości tych kosztów prawie niemożliwe jest ograniczyć. A ponieważ produkcja rolna to biznes ukierunkowany na zysk, właściciel zasadnie zwraca się do agronoma z prostym zapytaniem: „Zaoszczędź mi 10–20 $/ha”. Bo gdzie jeszcze szukać rezerw? Zmniejszyć wynagrodzenia w warunkach deficytu kadr — nierealistycznie. Obniżyć czynsz dzierżawny — też. W rezultacie właściciel faktycznie zwraca się do jedynego elastycznego elementu systemu — karty technologicznej.
Ale oszczędność nie powinna oznaczać „kupić mniej nawozów, na przykład” lub „wziąć to, co tańsze”. To nie strategia — to bezpośrednie ryzyko utraty plonu.
Prawdziwa skuteczność polega na ekspertyzie agronoma. Na jego zdolności do prawidłowej oceny potencjału pola, doboru odpowiednich odmian czy mieszańców nasion, uformowania optymalnego systemu ochrony i niewydawania zbędnego tam, gdzie to nie daje zwrotu. Przecież potencjał każdego pola jest inny. To, co działa w Besarabii, może nie zadziałać na Tarnopolszczyźnie, i odwrotnie. Tak samo często możemy obserwować i wiele różnych różnic w obrębie pól jednej miejscowości, czy nawet jednego pola. I to właśnie agronom ma to wiedzieć i uwzględniać w każdej decyzji.
Plan jest. Ale rzeczywistość zmienia się codziennie
Jeszcze jedna iluzja — że karta technologiczna jest czymś stałym. Naprawdę to tylko punkt wyjścia. Agronom układa plan jesienią czy zimą, gdy jest czas wszystko przeliczyć. Ale sezon nigdy nie idzie zgodnie z planem. Warunki pogodowe, rynek, stan zasiewów — wszystko się zmienia. I ubiegły rok, na przykład, dla wielu stał się jednym z najtrudniejszych.
Jest prosta zasada, którą zawsze powtarzam: przyszły przychód i zysk to wydarzenia, które nastąpią w przyszłości. Nie wiemy, jaki będzie plon, jaka będzie cena. A zatem każda zbędna hrywna wydana dziś bez wyraźnego zrozumienia zwrotu — to potencjalnie utracony zysk jutro. Dlatego nawet mając budżet, plan i kartę technologiczną, nie można pracować „z rozpędu”.
Agronom powinien codziennie reagować na zmiany i to właśnie ta elastyczność wraz z ekspertyzą dziś decyduje, czy firma będzie zarabiać.
Idealny model: nie kontrola, a dialog
Jeśli krótko — skuteczny model współpracy agronoma i właściciela buduje się na trzech rzeczach: dialog, zaufanie, otwartość. Agronom nie powinien bać się powiedzieć, że coś poszło nie tak, że są ryzyka, albo nawet że decyzja była błędna. Bo błędy to część procesu. Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.
Ale jeśli jest strach — informacja jest ukrywana, decyzje stają się gorsze. I wtedy system zaczyna dawać awarie. Natomiast, gdy jest przestrzeń na szczerą rozmowę, agronom i szybciej się uczy, i lepiej podejmuje decyzje, i bierze na siebie odpowiedzialność. A właściciel otrzymuje nie po prostu wykonawcę, a partnera.
Jak zmierzyć skuteczność agronoma
Jedno z najtrudniejszych pytań — jak w ogóle ocenić pracę agronoma. Naprawdę uniwersalnej metryki nie ma. Nie można po prostu powiedzieć, że jeśli plon pszenicy ozimej jest o pół tony większy niż u sąsiada, to znaczy agronom jest zuch i zasługuje na premię. W realnym życiu wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane.
Widziałem bardzo różne podejścia do kryteriów oceny agronomów. Najprostszy, i, szczerze mówiąc, dość prymitywny — to „czyste pole”. Właściciel jedzie polną drogą i chce widzieć, żeby nie było chwastów. I często nikogo nie interesuje, jaką ceną to osiągnięto: ile zabiegów wykonano i ile pieniędzy wydano. To skrajność.
Inny, bardziej dojrzały model, gdy skuteczność mierzy się przez rentowność z hektara. I to, moim zdaniem, znacznie lepsze podejście z punktu widzenia biznesu. Bo biznes istnieje nie dla rekordów plonu, a dla zysku. I dlatego agronoma trzeba oceniać nie tylko po tonach, ale i w pieniądzach. Choć w praktyce większość przedsiębiorstw rolnych wciąż orientuje się właśnie na plon jako główny wskaźnik.
Gdzie wziąć „silnego” agronoma
Jeszcze jedno częste pytanie: gdzie wziąć dobrego agronoma? I tu dam niepopularną odpowiedź — gotowych prawie nie ma. Nie warto liczyć, że absolwent uniwersytetu od razu zamknie wszystkie zadania. To tak nie działa.
Najbardziej niezawodna droga — wychować specjalistę pod siebie. To długo. To trudno. I to nie zawsze wychodzi. Ale jeśli potrzebujecie nie po prostu wykonawcy, a człowieka o wspólnych poglądach — to jeden z niewielu wariantów.
Z mojego doświadczenia, aby uformować agronoma, potrzeba co najmniej 2–3 sezonów, a często i więcej. Sam przechodziłem tę drogę i nawet przekwalifikowywałem ludzi z wykształceniem ekonomicznym na agronomów. Są udane przypadki, ale to zawsze inwestycja czasu i zasobów.
Jak wybierać, jeśli szukać na rynku
Jeśli zaś szukacie człowieka na rynku, radziłbym zwracać uwagę na dwie rzeczy.
Pierwsze — istotne doświadczenie. Nie po prostu ogólny staż, a właśnie doświadczenie w tej roli, z tymi kompetencjami, których potrzebujecie.
Drugie — dynamika rozwoju. Zobaczcie, jak człowiek poruszał się po szczeblach kariery, czy brał na siebie większą odpowiedzialność. Jeśli specjalista 2–3 lata pracuje na stanowisku, dalej rośnie i znów bierze nowy poziom — to dobry sygnał. Taka konsekwencja często mówi więcej niż jakiekolwiek rekomendacje.
Jednocześnie bez „testu polowego” się nie obejdzie. Nawet idealne CV niczego nie gwarantuje. Czynnika ludzkiego nikt nie odwołał: charakter, komunikacja, zdolność do pracy w zespole. Dlatego bez okresu próbnego obejść się praktycznie niemożliwe. Trzeba dać czas sobie, aby zrozumieć, czy to wasz człowiek, i specjaliście, aby się wykazał. I tak, intuicja w doborze ludzi też ma znaczenie.
Wiele dużych firm próbuje rozwiązać kwestię kadrową przez własne szkoły rolnicze. Sam byłem związany z takim projektem, gdy pracowałem w agroholdingu „Mrija”. Działała tam jedna z pierwszych wewnętrznych szkół rolniczych: dobieraliśmy zmotywowanych ludzi, płaciliśmy stypendia, zapewnialiśmy mieszkanie, szkoliliśmy z udziałem ukraińskich i międzynarodowych ekspertów — dawaliśmy i teorię, i praktykę. Wydawałoby się, idealny model. Ale nawet w takich warunkach znaczna część ludzi nie zostawała w zawodzie.
Przyczyna jednocześnie prosta i złożona: życie wiejskie nie pasuje wszystkim. Młodzież często nie jest gotowa na taki rytm z powodu oddalenia od miasta, braku zwykłego tempa życia, innej dynamiki społecznej. I to problem, którego nie da się rozwiązać tylko dużym wynagrodzeniem czy mieszkaniem.
Zatem silny agronom to zawsze połączenie trzech rzeczy: doświadczenia, myślenia i zdolności do podejmowania decyzji w warunkach niepewności. Nie można go ocenić jedną liczbą. Trudno go szybko „kupić” na rynku i na pewno niemożliwe uformować w jeden sezon.
Ale właśnie od tego człowieka zależy najważniejsze: czy zainwestowane w pole zasoby przekształcą się w zysk.
Za co naprawdę odpowiada agronom
Jeśli krótko opisać główne strefy odpowiedzialności agronoma, to są one znacznie szersze niż po prostu „zasiać i zebrać”. Wyróżniłbym kilka podstawowych rzeczy:
- planowanie i korygowanie kart technologicznych;
- organizacja i kontrola wykonania operacji polowych;
- monitoring pól i stanu roślin; prognoza plonu;
- i, oczywiście, płodozmian.
I każdy z tych punktów — to nie po prostu obowiązki funkcjonalne, to punkt wpływu na ekonomię przedsiębiorstwa. Płodozmian — jedna z fundamentalnych kompetencji agronoma. Ale tu znów powstaje dylemat. Z jednej strony uczą nas, że płodozmian to naukowo uzasadnione następstwo roślin. I to prawda, przecież są prawa naturalne, których nie można ignorować. Z drugiej strony jest ekonomia. Są rośliny bardziej marżowe i mniej marżowe.
Więc czym jest płodozmian w praktyce? To balans między naukowo i ekonomicznie uzasadnionym podejściem. Jeśli pójść tylko w naukę — można od razu stracić zysk. Jeśli pójść tylko w ekonomię — po kilku latach system się „zepsuje”: wzrosną koszty, pojawią się problemy z glebą, chorobami, plonem. Właśnie dlatego płodozmian to strategia. I powinien być planowany nie na jeden sezon, a co najmniej na 3–5 lat.
Następny punkt — kontrola operacji polowych. Głębokość siewu, norma wysiewu, terminy — wydaje się, że to podstawowe rzeczy, rutyna. Ale prawda jest taka, że jakość wykonania operacji technologicznych formuje co najmniej 50% potencjału plonu. W agronomii jest bardzo twarda zasada: drogi powrotnej nie ma. Jeśli dziś popełniono błąd — jutro już go nie naprawisz. Nie ma produktu czy zabiegu agrotechnicznego, które wyrównają nierówne wschody, nikt nie przyjdzie i nie „rozłoży” roślin równomiernie.
Monitoring — to nie po prostu „spacer po polu”. Dziś jest wiele narzędzi do monitoringu, i nie trzeba koniecznie codziennie przechodzić pole po przekątnej czy kopertą pieszo, jak kiedyś. Ale istota się nie zmieniła. Monitoring to przede wszystkim prognozowanie ryzyk, ocena potencjału i podstawa do podejmowania decyzji.
Prognoza plonu. Mówiąc o tym punkcie, ważne jest, aby zarówno agronom, jak i właściciel rozumieli, że potencjał rośliny nie jest stały. Na przykład, zimą zaplanowaliście plon kukurydzy na 8 t/ha i pod to przeliczyliście całą technologię. Ale ilość wilgoci jest niewystarczająca, wschody uszkodzone przez późne przymrozki i tym podobne, realny potencjał spada do 5–6 t/ha. Co to oznacza? Że trzeba przejrzeć koszty. Bo inwestować dalej w plon, którego już nie będzie — to bezpośrednie straty. Ale bywa i odwrotnie. Przeszły deszcze w krytycznym okresie i potencjał wzrósł. Znaczy, ma sens dodatkowo zainwestować w dokarmianie, aby ten potencjał zrealizować. I właśnie tu przejawia się rola agronoma — w porę to zauważyć i podjąć decyzję.
To znaczy główna funkcja agronoma — to nie po prostu wykonać plan operacji technologicznych. To stale zestawiać plan, faktyczny stan roślin i ekonomię. A jeszcze szybko reagować na zmiany. Bo w agrobiznesie wygrywa nie ten, kto ma idealny plan, a ten, kto umie go umiejętnie zmieniać.
Źródło: latifundist.com